KATOLICY.EU

O. Piotr Rostworowski, charyzmatyczny kierownik duchowy.

 

Wojciech Jan Rostworowski ur. się. 12.09.1910 r. w Rybczewicach w rodzinie ziemiańskiej. W 1923 r. podjął naukę gimnazjum Męskim im. Św. Stanisława Kostki w Warszawie. W 1928 r., po zdaniu egzaminu dojrzałości, rozpoczął roczny kurs w Szkole Podchorążych Rezerwy Kalwarii we Grudziądzu. Po jego skończeniu odbył dwumiesięczną praktykę w 13 Pułku Ułanów Wileńskich. W 1929 r. podjął studia prawnicze w Paryżu. Jednak wierny odczuwanemu od dzieciństwa wewnętrznemu przekonaniu, że powinien zostać mnichem, przerwał studia i wstąpił do Benedyktynów. Po odbyciu nowicjatu w opactwie św. Andrzeja w Loppem w Belgii, przyjął imię Piotr i złożył śluby czasowe. W 1934 r. podjął studia teologiczne w benedyktyńskim kolegium Św. Anzelma w Rzymie. Trzy lata później przyjął święcenia kapłańskie.  Wkrótce potem przerwał studia i powrócił do Polski. Tu pracował w benedyktyńskim internacie dla chłopców w Rabce i zbierał fundusze na odbudowę klasztoru w Tyńcu.

W lipcu 1939 r. Benedyktyni objęli tyniecki klasztor a o. Rostworowski został w nim podprzeorem. W czasie niemieckiej okupacji współpracował z Radą Główną Opiekuńczą. Pomagał także ukrywającym się Żydom. Jesienią 1944 r. zaangażował się w akcje pomocy dla uchodźców z Warszawy. W 1946 r. został proboszczem parafii tynieckiej a w 1951 r. został pierwszym polskim przeorem w klasztorze tynieckim po jego reaktywacji. Pisał: W krzyżu nie jest najważniejsze cierpienie, lecz wypełnienie Woli Bożej aż do końca. Chrystus w Ogrójcu nie prosił Ojca o mękę. Wręcz przeciwnie, o jej odsunięcie, jeśli to możliwe. My chrześcijanie też powinniśmy być nastawieni nie na cierpienie, ale na spełnienie Woli Bożej do końca, choćby przez ból, jeśli to konieczne.

W 1963 r. o. Piotr pomógł zbiegłej z Czechosłowacji wraz z córką Annie Opytko pragnącej połączyć się z mieszkającym w USA mężem. Najpierw zaangażował się w organizowanie dla niej bezpiecznych kryjówek a potem w próbę nielegalnego przekroczenia granicy. W 1966 r. został aresztowany przez SB. Sąd Wojskowy w Gdańsku skazał go na 4 lata więzienia i 30 000 grzywny. Sąd Najwyższy zmniejszył karę do 2 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. Ostatecznie w więzieniach w Gdańsku, Krakowie i Warszawie spędził 21 miesięcy.

Po odzyskaniu wolności o. Rostworowski udał się do redakcji „Trybuny Lud”, aby podziękować jej, że mógł przez cały okres więzienia czytać tę gazetę. Poszedł też do Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej, aby zainteresować organizację losem młodych więźniów często niesłusznie uwięzionych i popadających w rozpacz. Podziękował także sędziom, którzy go skazali, za dobre wypełnienie zawodowego obowiązku i jeszcze raz zapewnił ich, że nie działał ani z chęci zysku ani z motywów antypaństwowych ale wyłącznie z natchnienia przypowieścią o miłosiernym samarytaninie.

O. Rostworowski był cenionym spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Prof. Stefan Swieżawski wspominał: Nie umiem powiedzieć, kiedy zdecydowałem się prosić ojca Piotra o to, by był moim spowiednikiem. Nasze spotkania trwały kilka lat i pamiętam, że bardzo byłem z tego wyboru zadowolony. Pociągała mnie u ojca Piotra przede wszystkim jego ogromna prostota. Był człowiekiem, który nie robił ze spowiedzi jakiegoś urzędu: to był sakrament i bardzo proste poradzenie, pomówienie o wielu sprawach, które były dla mnie zasadnicze. (...). Często powtarzał, że nie będę sądzony na tamtym świecie z pozycji bibliograficznych.

W styczniu 1968 r. o. Rostworowski przeszedł do kamedułów i objął funkcję przeora na krakowskich Bielanach i w podkonińskim Bieniszewie. Kard. Franciszek Macharski wspominał: To był prawdziwy mnich kapłan. Jego życie było tak bujne, a równocześnie tak wyciszone. Był niesłychanie żywy, dynamiczny, pełen pomysłów, stanowczy, nigdy nie przybity, nigdy nie załamany, nigdy nie narzekający. Zawsze znajdowała się w nim taka postawa duchowej siły, spokoju, mądrej, a nie znudzonej cierpliwości. Zaraźliwy, prawie agresywny optymizm i poczucie, że Boża moc jest większa niż wszystko, jeśli tylko człowiek zechce z nią współdziałać. Rozumiał swój czas i jego znaki. (...)  To był nasz mistrz...

W 1983 r. o. Rostworowski został przeniesiony do Noli koło Neapolu, gdzie został przeorem. Reżyser Krzysztof Zanussi opowiadał, że z ojcem Piotrem leciał samolotem do Krakowa. Niestety, z powodu jakiś kłopotów technicznych samolot musiał lądować awaryjnie w Katowicach. Na pokład weszło wówczas dwóch techników i kapitan i razem próbowali usunąć usterkę. Ojciec Piotr ze spokojem przyglądał się ich pracy, wreszcie zapytał: Panowie, umiecie to zreperować, czy mam się pomodlić? A po jakimś czasie spokojnie stwierdził: Dajcie już spokój, ja się jednak pomodlę!  Ojciec Rostworowski był w tym niesamowity: on modlił się, prosił i resztą się nie zajmował. Powierzał wszystko Bogu. U niego nadprzyrodzoność była czymś normalnym i obecnym w życiu codziennym i w dodatku nigdy go nie dziwiła. To było coś oczywistego.

W 1984 r. Ojciec Św. Jan Paweł II mianował o. Rostworowskiego konsultorem Kongregacji do Spraw Zakonnych. W 1986 r. został przeniesiony do Kolumbii, gdzie został przeorem i mistrzem nowicjatu w Medelin. W 1994 r. powrócił do Włoch i rozpoczął życie pustelnicze. Po roku musiał przerwać odosobnienie ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Do końca życia pisał i utrzymywał ożywioną korespondencję. W sumie napisał 29 706 listów. Z tego 70% korespondencji dotyczyło kierownictwa duchowego. W lipcu 1998 r. miał wylew z jednostronnym paraliżem. 15.04.1999 r. odprawił ostatnią Mszę Św. następnego dni upadł przy wychodzeniu z łazienki i doznał złamania kości udowej.

 

O. Piotr Rostworowski zm. 30.04.1999 r. w szpitalu w Albano. Uroczystościom pogrzebowym, na osobiste życzenie Ojca Św. Jana Pawła II, przewodniczył bp Stanisław Dziwisz 3.05.1999 r. we Frascati. W nadesłanym telegramie papież pisał: Był zawsze bliski mojemu sercu. Znałem go jako człowieka Bożego, który radykalizm ewangeliczny potrafił łączyć z wielką dobrocią, szlacheckie pochodzenie i gruntowne wykształcenie z prostotą, która zjednywała mu życzliwość wielu ludzi. Niósł im zawsze duchowe wsparcie i pozostawił w ich sercach ślad głębokiej duchowości.